Dziś, oglądając zrujnowane zabytki sztuki warownej, ciężko wyobrazić sobie, że każdy taki obiekt posiadał kiedyś swoją załogę. Mieszkali w nim ludzie. Podobnie było z Fortem Piechoty nr 6, fortyfikacje same w sobie są fascynujące, a jednak do działa fortu niezbędni byli ludzie ! Żołnierze !

No tak, żołnierze, ale jacy? Regularna armia, bitne wrocławskie pułki – 51. piechoty i 11. grenadierów, wyszły wraz z wybuchem wojny w pole, gdzie potrzebował ich Kajzer. Dzielni wrocławscy kirasjerzy, także na cesarski rozkaz opuścili twierdzę, w której i tak nie byłoby z nich pożytku.

Czy wybudowane dużym finansowym wysiłkiem umocnienia, miały pozostać bez obrońców? Stanowcze nie !

Pozostaje tajna broń – Landwehra i Landsturm. Aby nie wchodzić w szczegóły: Landwehra była odpowiednikiem wojsk obrony terytorialnej, Landsturm natomiast to w rzeczy samej pospolite ruszenie.

Załogę Twierdzy Wrocław w roku 1914 stanowiły prawie w całości jednostki Landwehry i Landsturmu, z przewagą pospolitego ruszenia.

Pospolitym ruszeniem, dowodzili oficerowie, którzy nie nadawali się już do żadnych zadań w polu. Głusi, ślepi, bez nogi, albo prawie bez nogi, zupełnie niekompetentni i w jakiejś części zdziadziali na emeryturze. Takiej też jakości był przeciętny landsturmann – przewyższający jednak sprytem swoich dowódców – prawdziwy Szwejk. Jeśli nawet sporo jednostek Landsturmu z czasem znalazło się we frontowych okopach, to karty historii milczą o dzielnych obrońcach Festung Breslau z 1914 roku.

Otóż właśnie, nie sławni grenadierzy, nie regularna piechota, a właśnie najgorsze wojsko Jego Cesarskiej Wysokości Wilhelma II, postanowiliśmy odtwarzać.